Mateusz Klinowski » dowiedz się więcejUrząd

Wysokie zarobki burmistrza Wadowic?

Urząd
stosunek pracy

Zarobki w naszym kraju to temat wstydliwy, a zarobki osoby pełniącej funkcje publiczne są już niemalże skandalem. Z nowym rokiem oferuję więc Wam skandal, czyli pokazuję związane z funkcją burmistrza dochody.

Pensja burmistrza ustalana jest decyzją Rady Miejskiej. W moim przypadku została ona określona w sposób odpowiadający wynagrodzeniu poprzedniczki. Kwota brutto wyniesie więc 11.415 zł, co daje comiesięcznie ok. 8020 zł do ręki. Dużo to czy mało? Motyw finansowy nigdy nie był motorem mojego zaangażowania w politykę, co jest – tak mi się przynajmniej wydaje, może naiwnie? – raczej dość jaskrawo widoczne. Historia moich dochodów raczej to potwierdza. Kwota 8 tys. zł może się wydawać spora w zestawieniu z dochodami wielu rodzin. Słowem kluczowym jest tutaj: „w zestawieniu”. Porównanie jej z moimi dochodami w przeszłości, czy aktualnymi kosztami życia, stanowi mocną jej korektę.

Spójrzmy zatem. Będąc młodym pracownikiem nauki, z doktoratem i licznymi stypendiami oraz nagrodami za osiągnięcia naukowe, miesięcznie „na rękę” zarabiałem i 5.000 zł. Jednocześnie do odpracowania miałem tzw. pensum, a więc stosunkowo niewielką ilość godzin w półroczu, kiedy prowadziłem zajęcia ze studentami. Moje stałe koszty życia, na które składało się przede wszystkim mieszkanie w Krakowie, wynosiły około 600 zł. Do dyspozycji miesięcznie miałem więc: ok 4.400 zł. Były to niezłe pieniądze, wiążące się z niskimi kosztami życia i czasem na rozwój naukowy.

Kiedy zaangażowałem się w działalność publiczną, stałem się osobą rozpoznawalną jako społecznik, w moim życiu zaszły dość radykalne zmiany. Zdecydowałem wówczas, że wybieram Polskę w miejsce emigracji, a zatem zaciągam kredyt i kupuję jednopokojowe mieszkanie w Krakowie. Moje koszty stałe wzrosły więc poważnie do 1.500 zł (kredyt + czynsz). Zbiegło się to niestety ze zmianami strukturalnymi w polskiej nauce, wywołanymi katastrofalną reformą Minister Kudryckiej. „Reforma” wygasiła zewnętrzne źródła finansowania mojej działalności naukowej, a wielu kolegom-naukowcom po prostu podcięła skrzydła. Mimo to, z dietą radnego i rosnącą powoli pensją adiunkta UJ, otrzymywałem około 4.000 zł miesięcznie. Do dyspozycji miesięcznie miałem więc: ok 2.500 zł.

Z powyższego zestawienia wynika jasno, że działalność społeczna w wymiarze finansowym po prostu się nie opłacała – wiązała się bowiem z pobytem w kraju, który redukował strumień środków pieniężnych płynących do młodych naukowców. Tym bardziej więc była działalnością społeczną. Jednak, dla wielu nieoczekiwanie, po czterech latach mozolnej walki o demokrację w Wadowicach zostałem wybrany burmistrzem. Natychmiast pojawiły się oskarżenia, że nadchodzi dla mnie czas finansowego Eldorado i to koniec bycia społecznikiem. Nic bardziej mylnego.

Nowa praca i stare życie oznaczają że na utrzymaniu będę miał nie tylko mieszkanie w Krakowie, ale również w Wadowicach. To razem koszt, optymistycznie licząc, ok. 2.500 zł. Na uczelni biorę urlop, więc pensja uniwersytecka znika. Zamiast wypracowywać pensum i mieść ponad pół roku wolnego dla siebie, będę pracował po 8-10 godzin codziennie, a pewnie i w wiele weekendów. Do dyspozycji miesięcznie zostanie mi zatem: 5.500 zł, a więc jedynie 3.000 zł więcej niż otrzymywałem na UJ. Czyli w pracy, gdzie sam sobie organizowałem czas, nie musiałem się niczym stresować i ponosiłem nieproporcjonalnie mniejszą odpowiedzialność za własne decyzje. Gdzie tutaj jest więc motyw finansowy?

Oczywiście każdy z Was może odnieść te cyfry do siebie i powiedzieć, że sprzedałby mieszkanie w Krakowie, a w Wadowicach mieszkał z rodzicami, babcią i wujkiem, żeby zaoszczędzić. Jednak w tym miejscu odnoszę się do historii własnych zarobków i własnego życia, bo to ona miała dla mnie znaczenie przy podejmowaniu decyzji, czy do polityki idę dla mamony, czy dla ideałów. Uwzględniając wszystkie wymienione czynniki, nie sposób powiedzieć, że na byciu burmistrzem się obłowiłem. Jasno widać więc, że nie kasa była tu argumentem za podjęciem decyzji o politycznym zaangażowaniu.

Powiem więcej, w dzisiejszej Polsce bycie burmistrzem (przy założeniu, że nie zamierza on wykorzystywać swojego urzędu dla prywatnych korzyści) to w gruncie rzeczy robota dla… społeczników lub… szaleńców.

Wnioski natury ogólnej

Pytanie, jak to się zatem dzieje, że w ogóle ktoś chce być burmistrzem, wójtem itd? Przecież to się nie opłaca! Podpowiadam dwa tropy: nie każdy ma kompetencje i ambicje, by sięgać po coś innego, niż narkotyk władzy, który często w małej gminie dosłownie leży na ulicy. No i pensja burmistrza, jak czasem nieśmiało sugerowałem, nie zawsze jest jedynym źródłem dochodu zajmującej to stanowisko osoby. Wnioski? Systemowe zwiększenie pensji wójtów i burmistrzów co najmniej o 10 tys. zł mogłoby spowodować, że do polityki poszliby ludzie lepiej wykształceni i nastawieni bardziej altruistycznie, którzy dzisiaj często zarabiają bardzo dobrze gdzie indziej. Zatem, oszczędności na tym stanowisku – paradoksalnie – wydają się promować niską jakość samorządowej klasy politycznej.

A może się mylę?

Niebawem opublikuję zarobki naszych urzędników wraz z moimi asystentkami i wice. Będzie się działo.

PS. A co jeśli Rada Miejska wpadnie na pomysł, podsuwany już przez „życzliwych”, aby obniżyć mi zarobki do minimum? Takie działanie nie przyniesie żadnych oszczędności dla budżetu. Ale o tym napiszę w swoim czasie, gdy pomysł wejdzie w kolejną fazę realizacji.